przyjemności oszczędności -
wtorek, 26 sierpnia 2008

Czy aby napewno nie można oszczędzać na zdrowiu? Podobno największe oszczedności daje profilaktyka ale łatwiej powiedzieć niż zrobić... Mnie się w każdym bądź razie nie udaje i od czasu do czasu muszę stanąć oko w oko z lekarzem, a później również wysupłać nielichą kwotę z portfela.

Generalnie farmaceuta w aptece ma podobno obowiązek poinformować klienta o istnieniu tańszego odpowiednika leku, ale w praktyce zdarzyło mnie się to może raz. Pół biedy kiedy człowiek rozróżnia co jest lekiem a co jedynie nazwą handlową, kiedy nie - zaczynają sie "schody". Sama pamiętam sytuację, kiedy po wykupieniu recepty zorientowałam się, ze domu w szafce grzecznie leżało to samo lekarstwo tylko inaczej się nazywające. 

Pogmerałam w nieocenionej sieci i okazuje się, że wszystko to można sprawdzić- na przykład na takiej stronce jak ta

 http://www.jestemchory.pl/lekopedia.via  A i przy okazji zaoszczędzić parę złotych i nie płacić za kolejną kampanię reklamową producenta... ;-)

 

 

 

 

sobota, 23 sierpnia 2008

Od przedwczoraj bolał mnie ząb. Niby ból nie był jakoś specjalnie silny, ale na tyle upierdliwy, żeby nie dać mi spać w nocy (nie uląkł się nawet 2 ibupromów skubany!) a w ciągu dnia pozbawić chęci do życia i jakiejkolwiek aktywności poza jęczeniem i leżeniem pod kocykiem ;-) Trzeba było coś z tym zrobić. I to szybko.

Najpierw ambitnie pomyślałam o NFZ. W gruncie rzeczy co miesiąc składam się na funkcjonowanie tego bałaganu, de facto więc zapłaciłam już za usługę -  znaczy idę po swoje! Ha! Łatwiej powiedzieć niż zrobić. W rejestracji nr 1 przemiła pani poinformowała mnie, że aktualnie pan doktor ma urlop, ale może mnie zapisać już na 18 września... W rejestracji nr 2 równie miła pani poinformowała mnie, że owszem mogą mnie przyjąć ale albo o 9.15 we wtorek albo o 14.00 w czwartek - niby o.k. ale niektórzy pracują i mogą mnieć problem z dotarciem... W rejestracji nr 3 tym razem przeeeeemiły pan poinformował mnie, że pani doktor przyjmuje na fundusz (uwaga!) 11 - 14 w poniedziałki i 8 - 12 w środy. Ale oczywiście może mnie przyjąć również dzisiaj o godzinie 18.30. Prywatnie. Skapitulowałam...

Najpierw wizyta, potem rtg zębów (brr...), znowu konsultacja do tego z perspektywą wizyty u chirurga szczękowego i w ciągu dwóch dni zrobiłam się leżejsza o ponad 200 zł... Przecież na zdrowiu się nie oszczędza. Napewno?

 

wtorek, 19 sierpnia 2008
 

Poszperałam trochę sieci i ku memu ogromnemu zdumieniu okazało się, że moje „duperelne” wydatki mają nawet opatentowaną nazwę - „latte effect”.

 

http://www.usatoday.com/money/perfi/basics/2005-04-14-financial-diet-little-things_x.htm


A ja myślałam, że taka mądra sama z siebie jestem, he, he, he.

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

 

Wszystkie strony, blogi i inne dzieła na temat oszczędzania zaczynają od jednego: najpierw sprawdź ILE i NA CO wydajesz. Bo może się przez przypadek okazać, że codzienne wyjście „na dymka” w pracy czy batonik w bufecie pozbawia Cię wakacji na Malediwach i to w opcji all inclusive, ;-)

Stwierdziłam, że będę twarda i zacznę notować wydatki od poniedziałku.

7:00 zaczynamy

7.58 gazeta w kiosku – 1,50 zł, 3x saszetki kawy „2w 1” - 1,80, jeszcze tylko śniadanko jogurcik i drożdżówka w barku – 2,80.

Jest źle – jeszcze nie zaczęłam pracować, a już wydałam 6,10, a dzisiaj to jest całkiem „skromny” dzień – nie ma żadnych interesujących dodatków do gazet, nie jestem specjalnie głodna (wyjątkowo zdążyłam zjeść śniadanie przed wyjściem). Kurczę! Jak tak sobie porachuję, to moje codzienne „duperelne” wydatki czasem przekraczają nawet 10 zł

To daje lekko licząc (52 tyg x 5 dni pracy = 260 – 26 dni urlopu = 234 – 8 święta wypadające w zwykłe dni = 226 – ok 10 dni łącznie zwolnień lekarskich = 216) 216 x 6,10 = 1 317,60 rocznie, a jeśli uwzględnię „dodatki nadzwyczajne” dajmy na to w ¼ przypadków, to daje ... 1 528,20 zł rocznie.

Za to (albo niewiele dokładając) da się kupić wakacje w Tunezji czy innym Egipcie...

[załamanie]

[załamanie trwa]

Pogadałam z koleżankami z pracy i na szczęście one też tak mają...

Ale od jutra mocne postanowienie poprawy: słoik z kawą i kanapki, bo z gazetki na razie nie zrezygnuję... ;-)

 

 Założenie bloga jest proste. Przynajmniej tak mówią. ;-) Dużo trudniej powiedzieć po co właściwie się go zakłada. Może:
  1. ma sie ekshibicjonistyczną naturę i giga- mega ciekawe wnętrze, więc grzechem byłoby się nie podzielić ;-)

  2. jest się specjalistą w jakiejś dziedzinie i uważa dawanie rad innym za szczególnie inspirujące ;-)

  3. wszyscy mają więc nie mogę być gorszy(a)

  4. żadne z powyższych

No więc mnie dotyczy chyba ten ostatni punkcik. Śledząc fora internetowe np. takie jako to:   http://forum.gazeta.pl/forum/71,1html?f=20012,  śmigając po internecie czy tak jak ostatnio tocząc zażartą dyskusję (pozdrawiam Karolinko!!) o wyższości kupowania za gotówkę nad kupowaniem na raty, uświadomiłam sobie, że generalnie nawet gdybym chciała wcielić w życie te wszystkie mądre rady w życie, to i tak już połowy nie pamiętam. I kurczę, dobrze by było gdzieś to sobie wszystko zapisać i najlepiej w jednym miejscu. Może tu?

Zapraszam serdecznie! :-))

Dość tego przydługawego wstępu! Do dzieła!

p.s. Frugalista (-istka), frugalistyka – mój osobisty potworek słowny pożyczony z angielskiego (frugallity – oszczędność, skromność, umiarkowanie), z braku odpowiedniego polskiego słowa, bo oszczędny wydaje mi się, leży zbyt blisko skąpca....

blogi