przyjemności oszczędności -

Żółta kartka

poniedziałek, 19 stycznia 2009
...czyli żółta kartka II. Coś czuję, że "żółta kartka", która miała pierwotnie być jednorazowa, rozrośnie się do całego cyklu.. :-)
Ale do rzeczy. Jako, że nie jestem zmotoryzowana, po Polsce podróżuję (głównie) jako klient polskich kolei. Ten stan rzeczy ma zarówno mnóstwo zalet (można nadrobić zaległości książkowe, nie martwć się, o to czy się zgubi drogę lub utknie w korku, no i przede wszystkim jest taniej - szzególnie jeśli podróżuje jedna osoba) jak i wad (uzależnienie od godziń odjazdów,przepełnienie, czas jazdy). ale tak czy inaczej dotąd byłam skłonna dać zaletom pierwszeństwo.  Jednak ostatnimi czasy nasi przewoźnicy chyba uparli się, aby mi te podróże obrzydzić. I nie będzie tu mowa o zimnych i brudnych  wagonach ("jest zima - musi być zimno" - jak mawiali w znanym serialu) czy nieuprzejmej obsłudze (uczciwie trzeba przyznać, zdarzającej się coraz rzadziej) - do tego folkloru zdążyłam przywyknąć.
Ale rozbieżności pomiędzy rozkładami jazdy podanymi w internecie, na dworcu i w wydrukowanych rozkładach jazdu, przyznaję bez bicia, podczas zeszłego weekendu powaliły mnie na łopatki. Szczególnie, kiedy okazało się, że wg internetowego rozkładu mam 20 minut na przesiadkę, wg tego na dworcu 18, a według rozkładu posiadanego przez konduktora - 9. No i bądź tu człowieku mądry...
Ale nie to skłoniło mnie do przyznania PKP żółtej kartki (no dobra, nie tylko to...). Otóż wprowadzeni w błąd przez rozbieżne rozkłady, dobici spóźnieniem pociągu, zmuszeni byliśmy poczekać na następny. Owym "następnym" okazał się być, kursujący na tej trasie pociąg osobowy (mieliśmy wykupiony bilet na podróż pociągiem pospiesznym na całej trasie). Wsiedliśmy. I tu, jak się później okazało, popełniliśmy błąd. Otóz, gdy w momencie kontroli biletów, wyciągneliśmy swoje (na pociąg pospieszny, więc droższe!) okazało się, iż w tym pociągu nie obowiązują! Jak wyjaśnił konduktor, od mniej więcej miesiąca pociągi podzielono pomiedzy różne spółki pkp a te swoich biletów nawzajem nie honorują. Odjęło mi mowę... "Trzeba się było informować" - "przyjacielsko" dodał wypisując nam karę za jazdę...bez biletu. Przyznaję, oniemiałam. Pomyślcie, jak mowę musiałoby odjąć potencjalnemu zagranicznemu turyście ;-)))
A informacje? Jeśli nawet takowe  znajdowały się na dworcu, to zakamufowały się dobrze - nigdzie ich nie zauważyłam.. Ba, po powrocie przeszukałam stronę www.pkp.pl - i jako żywo nic nie znalazłam (może nie umiem szukać - jeśli tak, pomóżcie!) więc...

Szanowni Państwo Przewoźnicy! Takich rzeczy się nie robi! Szczególnie jeśli (przynajmniej w założeniu) dba się o markę. Przerzucanie kosztów braku porozumienia i koordynacji na pasażera jest po prostu nieuczciwe!  Podróżowałam koleją po paru państwach Europy i nigdy dotąd nie spotkła mnie tak przykra niespodzinka. Cóż...  Pozostaje teraz bardzo ostrożnie planować podróże, aby wersja, która pierwotnie miała okazać się tańszą, nie okazała się
przypadkiem "podróżą za specjalną dopłatą"...

Frugalistka
wtorek, 02 grudnia 2008
"Żółta kartka" brzmi trochę piłkarsko, ale właśnie takie określenie przyszło mi do głowy w sytuacji jaka była moim udziałem w trakcie wczorajszej
(nieudanej) wyprawy do kina.
Jak już niejednokrotnie wspominałam, jestem zapaloną kinomanką (choć lepiej byłoby powiedzieć "filmomanką") i do kina chodzę często. W związku z tym staram się przy okazji korzystać z wszelkiej maści programów lojalnościowych. Tak też było w przypadku Multikina, w którym korzystałam z programu "Multikinomaniak". Przystąpiłam do niego tak dawno (chyba jeszcze w epoce lodowcowej... ;-)), że nawet tego nie pamiętam. W każdym bądź razie było to lata temu...
Program działa na takiej zasadzie, że za każdy kupiony w kinie bilet zyskuje się 10 punktów, które zapisywane są na specjalnej karcie - 100 punktów uprawnia do darmowego wejścia (biletu). Przynajmniej tak było do tej pory. I tak też do tej pory organizowaliśmy z mężem nasze wyjścia do kina - zbieraliśmy punkty, aby raz na jakiś czas skorzystać z "darmowej wyprawy filmowej". Mając do wyboru podobny repertuar w kilku kinach w mieście - wybieraliśmy multikino. Aż do wczorajszego wyjścia...

Pierwsze przykre zaskoczenie: karta obowiązuje, ale nie na wszystkie filmy - na te najbardziej popularne (my chcieliśmy się wybrać na nowego Bonda) akurat nie. Niby informacja o tym znajduje się przy kasie (na małej karteczce przy jednym stoisku - na cztery!!) więc zasadniczo klient powinien czuć się poinformowany, ale niesmak pozostaje.

Drugie przykre zaskoczenie: po zmianie regulaminu (podobno nastąpiła latem) punkty na karcie ulegają zerowaniu co pół roku! I znowu, niby nie można niczego im zarzucić, regulamin jest dostępny np. w internecie, wiec teoretycznie można się z nim zapoznać, ale na chińskiego boga! Ile osób na to wpadło? Poza tym, trudno mi uzbierać 100 (a w naszym wypadku może nawet i 200) punktów w ciągu pół roku, bo i nie zawsze repertuar mi odpowiada (często chadzamy również do kin studyjnych, co to mają w ofercie nieco inne filmy niż multipleksy), i nie jest to najtańsze. Czyli wychodzi na to, że nawet gdybym dochrapała się 90 punktów, to aby ich nie stracić, mogę je sobie raptem na popcorn czy coś podobnego wymienić - też mi atrakcja! :-(

Tak więc rozczarowania były dwa.
I biorąc pod uwagę fakt, że multikino nie jest jedynym kinem w Poznaniu, zdecydowanie rzadziej będę tam zaglądać - straciłam frugalistyczną motywację. A przecież inne multipleksy także oferują interesujące promocje - może się nad nimi głębiej zastanowię?

A czy Wy macie podobne doświadczenia?

pozdrawiam,

Frugalistka
blogi