przyjemności oszczędności -

na własnej skórze

niedziela, 14 marca 2010
W sobotę, niepomna aury za oknem (a może nawet bardziej jej na przekór) ogłosiłam oficjalnie początek wiosennych porządków. Może nieco za wcześnie - ale przecież jakoś tę wiosnę sprowokować trzeba.
I tak po całym dniu robienia przeglądu szafek, wynoszenia worków ze śmieciami wciskania na pawlacz niektórych ciuchów (20 stopniowe mrozy nie wrócą... prawda?... ;-)) nadszedł czas na porządki w finansach to znaczy wpisanie danych z paragonów na parapecie, których zdążyła się już zgromadzić cała sterta.

Ciągłe moje oswajanie się z nową rolą i związany z tym brak czasu (wiadomo nadgorliwość neofity), sprawiły, iż zaniedbałam nieco codzienny zwyczaj zapisywania i monitorowania naszych wydatków, co zemściło się z całą swoją mocą.
Otóż... Okazało się, że awans dużo mnie kosztował - i to dosłownie. Nowe stanowisko wiązało sie oprócz nie kwestionowanych bonusów również rozlicznymi wydatkami np. tak banalnymi jak wymiana części garderoby.
No i (trochę wstyd się przyznać) po pierwszej wypłacie, niepomna posiadanej wiedzy, złapałam się na na schemat "więcej zarabiasz - więcej wydajesz".
To taka przyjemna, mile łechcząca myśl MOGĘ to kupić.. I niestety zbyt często jej ulegałam. A to zakupy w empiku, a to buty będą mi pasować do kostiumu, a to kolejny obiad "na mieście". I koniec końców podsumowanie miesiąca nie wypadło pod kreską. Nie ma co, niezbyt przyjemne otrzeźwienie. Ale jak widać potrzebne.
Znaczy - trzeba zachowywać rewolucyjną czujność! ;-))
wtorek, 23 lutego 2010
Co prawda Nowy Rok już jakiś czas za nami, więc czas na noworoczne postanowienia jakby trochę się kończył, ale... Korzystając z tego, że całkiem niedawno obchodzono Chiński Nowy Rok, postanowiłam nadrobić zaległości i wypunktować sobie sprawy, o których przez cały 2010 rok powinnam pamiętać.
Może nie są one specjalnie odkrywcze, ale moje doświadczenie podpowiada mi, że o takich w natłoku zdarzeń najłatwiej zapomnieć, więc...


Po pierwsze: Myśl
Myślenie nie boli i zasadniczo nic nie kosztuje, a bezmyślność jest zazwyczaj bardzo bolesna dla portfela. Mam zamiar w tym roku rozważniej podchodzić do zakupów, szczególnie tych impulsowych, drobnych, które w efekcie zbierają się na całkiem poważne kwoty. Co więcej zamierzam kwstionować wszystko (no dobra, większość...) co usłyszę o finansach (szczególnie w reklamach czy artykułach prasowych, które coraz częściej bywają delikatnie powiedziawszy..."sponsorowane"), a szczególnie o nowych produktach finansowych, do momentu kiedy nie dowiem się o nich wszystkiego co możliwe i nie przeczytam tego co napisano "drobnym drukiem".

Po drugie: Zorganizuj się
Dla mnie to oznacza 3 sprawy. Zrobienie porzadku w domowej dokumentacji, nie tylko finansowej. Pomimo prób zapanowania nad nią, rozrasta się do niebotycznych rozmiarów - czas ją okiełznać. Jeśli w trakcie tych porządków stwierdzę jakieś braki czy niejasności - w tym roku jest czas, aby to wyjaśnić. I ostatnia rzecz- powpisuję do kalendarza (a także przypominacza w komórce) wszystkie ważne terminy i to zarówno finansowe (np. termin złożenia zeznania podatkowego) jak i całkiem zwyczajne (imieniny czy urodziny) - wpiszę je również na przynajmniej 10 dni wcześniej - zaoszczędzi mi to czasu, nerwów i... pieniędzy.

Po trzecie: Licz
Rutyna największym wrogiem portfela. Pomimo tego, że jak mówią, przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, tym razem mam zamiar, mu nie ulec i twardo kalkulować czy to koszty obsługi bankowej, ofertę telewizji kablowej czy zwyczajne codzienne zakupy.

Po czwarte: Masz od tego ludzi
Co oznacza między innymi, że sporo rzeczy da się zautomatyzować i zamierzam z tego korzystać. Jeśli się da comiesięczne płatności mam zamiar regulować wg stałego polecenia zapłaty, tym bardziej, że koszt jest symboliczny a oszczędność czasu-wielka. Do tego rozważę zlecanie niektórych prac: godzina mojej konkretnie kosztuje, moje zdrowie i wypoczynek (a w tym przypadku jego brak) również - być może zlecenie niektórych domowych obowiązków per saldo wyjdzie taniej?

Po piąte: Spodziewaj się spodziewanego
...czyli prezentów świątecznych, urodzinowych czy innych okazji, napraw w domu, sezonowych zakupów odzieży czy też opłat za ubezpieczenie, a także wakacji. Skoro wiem o nich już teraz, mogę je zaplanować - czy to w ramach "funduszu słoikowego" czy klasycznego zasilania mojego konta oszczędnościowego o odpowiednio zwiększoną kwotę. Mam zamiar w tym roku nie dać się zaskoczyć przez tego typu "spodziewajki".


Po szóste: Spodziewaj się niespodziewanego
Trochę odwrotność powyższego, ale działania te same. Czas na zbudowanie solidnej poduszki finansowej na nieprzewidziane wydatki, żeby nie kombinować, kiedy stanie się coś niespodziewanego. I może (trochę w ramach zaklinania rzeczywistości) wtedy nic takiego się nie stanie?....


pozdrawiam,

Frugalistka

wtorek, 16 lutego 2010
Wreszcie zebrałam się w sobie i poukładałam to i owo, a teraz zwarta i gotowa ruszam do dalszego blogowania! Dziękuję jednocześnie tym, którzy pomimo mojej nieobecności zaglądali na strony frugalistki - było mi bardzo miło! :-))

Zabierając się do mojego powrotu, pomyślałam sobie, że tak właściwie, to nie rozliczyłam się z moich "zeszłorocznych - noworocznych" postanowień, więc dzisiaj, tak trochę w ramach nowego początku nadrabiam zaległości

1. "Założę konto oszczędnościowe" - trochę się ociągałam marudząc z wyborem, ale w końcu stało się - i mam. Ustaliłam zlecenie stałe na koncie, na które wpływa moja pensja i powolutku coś niecoś kumuluję.

2."Aktywuję polecenie zlecenia stałego przelewu na to konto 10% moich dochodów już w dniu wypłaty" - no, to trochę nie wypaliło, z przyczyn tak zwanych różnych... ;-) Limit ustaliłam niższy niż zamierzałam, głównie z powodu lekkiego zaniepokojenia stanem moich finansów i obawą, że w przypadku nagłych przypadków będę miała kłopoty z szybkim uzyskaniem gotówki (a środków zgromadzonych na koncie oszczędnościowym nie chciałam ruszać). Ten punkt planu zdecydowanie przechodzi również na rok bieżący!

3."Postaram się nadpłacać kredyt." - no w tym przypadku, niestety porażka na całej linii... :-( Przemiła pani w banku poinformowała mnie, że nadpłacanie kredytu wymaga renegocjacji wysokości rat i generalnie całości warunków kredytu, co per saldo mogłoby się okazać nie do końca korzystne, więc zrezygnowałam. A że konto, z którego potrącane są środki na spłatę kredytu jest jednocześnie moim ror-em (mszczą się braki w wiedzy o finansach przy zaciąganiu kredytu - to był jeden z warunków) nieco trudno jest mi się z tego wyplątać... buu... :-(

4. "Umówię się na wizyty u wybranych lekarzy specjalistów przyjmujących na NFZ  nawet jeśli w tej chwili nie potrzebuję ich pomocy" - udało się połowicznie. O ile w ramach profilaktyki sprawa zadała egzamin całkiem, całkiem, to w sytuacji tzw. "nagłego przypadku", kiedy nie mogłam sobie pozwolić na oczekiwanie, płaciłam za wizyty w ramach wizyt prywatnych (często było mi tak po prostu wygodniej, a jak wiadomo za wygodę się płaci).

5."Bezwzględnie nie będę korzystać z firmowego barku, tylko nosić ze sobą drugie śniadanie." - na tym polu mogę odtrąbić całkiem spory sukces! Do barku zaglądam sporadycznie i raczej w wyjątkowych sytuacjach. Ha!

6. "Spróbuję przerzucić się na internetowe wydania gazet i czasopism zamiast kupować ich tony w kiosku."  - udało się połowicznie. Z magazynów kupuję już jedynie "Zwierciadło", z dzienników zdarza mi się kupować weekendowe wydanie "GW" ("Wysokie obcasy"!), ale nadal od przypadku do przypadku zdarza mi się kupować inne tytuły, kiedy coś mnie zainteresuje lub (prawdziwe zabójstwo dla portfela!) dodawany jest ciekawy film.

7."Zapiszę się do biblioteki." - no... nie zapisałam się. Może i lepiej, bo mój wskaźnik czytelnictwa (o wstydzie!) spadł w tym roku drastycznie, więc pewnie czekałby mnie kary za przetrzymywanie książek. ;-(

8."Obejrzę wszystkie dotąd nieobejrzane przeze mnie filmy i przeczytam wszystkie nieprzeczytane książki zamiast masowo kupować nowe i odkładać na stosik (noo... chyba, że trafi się jakaś prawdziwa okazja...)" - no cóż... Trzeba uczciwie (także przed sobą) przyznać, że w ramach tego postanowienia osiągnęłam porażkę na caaaaaaałej linii.... (i najgorsze, że tak naprawdę, wcale się tego nie wstydzę...)
 
9."Spróbuję zmienić taryfę w moim telefonie na tańszą." - taryfy jako takiej nie zmieniłam, ale udało mi się wynegocjować korzystniejsze warunki w ramach opłacanego przeze mnie abonamentu i wymienić telefon.

10. "Skontaktuję się z ludźmi, do których telefony ciągle odkładałam i umówię się na spotkanie w... domu." Ze spotkaniami w domu, to tak trochę się nie udało, bo dogranie terminów często graniczyło z cudem, ale poza tym pod względem towarzyskim ubiegły rok mogę zaliczyć do jak najbardziej udanych! Oby tak dalej!

A jak było u Was?
Udało się?

pozdrawiam,

Frugalistka
 
piątek, 06 listopada 2009

Choć ostatnio próbowałam nieco usprawiedliwiać służby drogowe, to w środę bezwzględnie przyłączyłam się do chóru narzekaczy "Tak. Zima znowu zaskoczyła drogowców (przynajmniej w stolicy Wielkopolski i jej okolicach), a przy okazji zaskoczyła i mnie. Najpierw, jeszcze w trakcie moich przygotowań do wyjścia z domu, zadzwoniła Ania, moja "car-poolerka" z informacją, że niestety, ale z podwózki nici, bowiem nie założyła jeszcze w samochodzie opon zimowych i w związku z tym już sam wyjazd z parkingu przyprawił ją o gwałtowny skok adrenaliny i niemal stan przedzawałowy. I biorąc powyższe pod uwagę - Ania wzięła urlop na żądanie i klops. Choć aniny plan pozostania w domu był bardzo kuszący, niestety ja miałam umówione spotkanie i do pracy dostać się musiałam. Jakoś...

Podreptałam grzecznie na przystanek autobusowy - marznąc, czekałam z 30 minut i niestety się nie doczekałam. Autobus też gdzieś utknął. Pozostało mi jedynie wyjście najdroższe, czyli zamówienie taksówki, co szybko uczyniłam - taksówka dotarła po kolejnych 15 minuta, a ja już niemal spóźniona, przeklinałam w myślach nasz klimat iczyniłam mocne postanowienia wyprowadzki do jakiegoś cieplejszego kraju. Nic to. Po rozlicznych bojach i trudach dotarłam do firmy, lżejsza o, bagatela 47 zł... Korki... Dla niezorientowanych, w taksówce, w czasie stania w korku, oprócz "kilometrówki" włącza się automatycznie...opłata postojowa. W pracy dopadła mnie "nieobowiązkowa" składka imieninowa. 20 złotych (październikowo - listopadowych solenizantów ci u nas dostatek..). Po pracy planowane wcześniej zakupy w drogerii - 48 zł i mój cudny precyzyjny plan wydawania codziennie nie więcej niż 50 zł zniknął razem z topniejącym pierwszym śniegiem. Przywrócić go nie potrafił nawet teoretycznie "bezportfelowy" czwartek, bo właśnie na czwartek umówiłam się z szewcem na odbiór butów...

I tak jeden dzień- ba!- jedno wydarzenie, spowodowało lawinę, która moje mocne postanowienie całkowicie zrujnowała. Bliska rezygnacji, ze szczytnego, ale jak się okazało, nierealnego planu, przypomniałam sobie o niejakiej pani Jean Chatzky. Pani owa czas jakiś temu popełniła książkę na temat zarządzania finansami osobistymi. Książki nie czytałam, ale "bryka" z niej i owszem, gdzieś w czeluściach szuflady mam. A w nim również rady, co do ustalania osobistych planów finansowych.

Oto one:

Przede wszystkim pamiętaj, że życie to ruchomy cel - a jedyną stałą jest zmiana - jeśli ustalony przez ciebie plan nie zdaje egzaminu lub zmieniły się okoliczności, nie wahaj się - weryfikuj go.

Pytania, które musisz sobie zadać:

1.Co chcesz osiągnąć w ramach swoich finansów w ciągu roku?

2.Co chcesz osiągnąć za 10 lat?

3.Jakie są Twoje dalekosiężne plany finansowe, np. kiedy chcesz przejść na emeryturę, kiedy planujesz kupić dom, itp?

4.Czy chcesz te cele osiągnąć? - no właśnie... czy naprawdę TEGO chcę?

5.Czy masz wystarczającą wiedzę, aby zacząć je realizować?

Hmm... No to może jeszcze się poduczę?

Pozdrawiam

Frugalistka

środa, 28 października 2009

To nie jest pytanie podchwytliwe... :-)) Jeśli należysz do tych wybrańców, dla których praca jest zarazem pasją i sposobem na życie - szczerze zazdroszczę. Jeśli katorgą - współczuję. Ja darzę moje zajęcie, powiedzmy... umiarkowanym entuzjazmem. Co prawda nie jest specjalnie uciążliwe, ale i trudno je nazwać ekscytującym. Po prostu, forma zarabiania pieniędzy i (mam nadzieję) przystanek na drodze do finansowej wolności.

Dlaczego o tym piszę? Bo najczęściej nie zdajemy sobie sprawy z ceny naszej pracy. Owszem, znamy wysokość pensji, poszczególnych składek czy bolejemy nad wysokością potrącanego podatku. Ale czy zdajemy sobie sprawę ILE KOSZTUJE godzina naszej pracy? Rzadko.

I dzisiaj olśniło mnie, że może tutaj jest ten przysłowiowy pies, pogrzebany. Jadąc windą, niechcący podsłuchałam rozmowę dwóch pań - rozmowa była o wszystkim i o niczym, ale jedno zdanie utkwiło mi w pamięci: "no bo przecież, ja bym musiała 12 godzin na to pracować...."

No właśnie... Ile razy kupując w sklepie spódnicę czy książkę (powinnam chyba mieć sądowy zakaz wchodzenia do księgarni...) tak naprawdę z zakupu cieszyłam się chwilę. A ile godzin na to  pracowałam? Hmm... Kurczę, pouczające to trochę...

Właśnie postanowiłam na spokojnie wyliczyć koszt mojej "roboczogodziny", zapisać na kartce i włożyć do portfela - ku pamięci.

Frugalistka

p.s. a jutro eksperyment - "bezportfelowy czwartek"!



poniedziałek, 05 października 2009

... czyli trochę o naszych zgubnych nawykach. Parę dni temu zelektryzowała mnie wiadomość, że na tradycyjnych ROR-ach Polaków "marnuje się" prawie 50 MILIARDÓW złotych! A że ror-y w większości przypadków są nieoprocentowane lub oprocentowane symbolicznie, więc de facto na zarabiają na tym banki. I gdyby wszyscy ulokowali te pieniądze chociażby na 2% w skali roku, to odsetki wyniosłyby okrągły miliard! Nie ma co - robi wrażenie...

Dlaczego tak się dzieje? Otóż działa klasyczny efekt skali - każdemu z właścicieli posiadanych rachunków sama kwota wydaje się prawdopodobnie zbyt mała, aby ją inwestować, jednak zebrane w całości pieniądze te dają potężnego finansowego "kopa" bankom, które spokojnie, bez żadnych strat (wszak konta nieoprocentowane) obracają tymi pieniędzmi generując dodatkowe zyski. Niby nic w tym zdrożnego - wszak banki to nie instytucje charytatywne, ale z drugiej strony - te pieniądze są przecież moje, a ja odsetki (potencjalne) od nich oddaję lekką ręką...

Zrobiłam szybki rachunek (sumienia) rachunku (bankowego)... I co? Okazało się, że ja również należę do tej grupy, która daje zarabiać bankom. Pomimo posiadania konta oszczędnościowego, ustalenia na koncie zlecenia stałego przelewu, który je zasila, to jednak zawsze na moim ror-ze trzymam więcej pieniędzy, niż co miesiąc wydaję.  Trochę z przyzwyczajenia (oprócz chwil wyjątkowej "plaży" finansowej zawsze tak robiłam), trochę "na wszelki wypadek", bo a nuż coś nieprzewidzianego się stanie... Niby to chwalebne, że nie wydaję wszystkiego, ale nie do końca - przecież te pieniądze mogłyby na siebie pracować. Co z tego, że w gruncie rzeczy symbolicznie, może zrekompensowałyby opłaty za prowadzenie konta?

Hmmm...

Frugalistka


P.S O innych sytuacjach, w których przyzwyczajenie (żeby nie nazwać go wręcz finansowym lenistwem...) może być zgubne pisałam jakiś czas temu, jeśli chcecie sobie je przypomnieć, można je znaleźć tutaj


środa, 23 września 2009

Odebrałam dzisiaj przesyłkę, a w niej prześliczną szarą torebkę z mojego ukochanego sklepu on-line... Po chwili zachwytów (no przyznam, dłuższej chwili...) pojawił się klasyczny pozakupowy kac i wyrzuty sumienia... Czy mnie aby na to stać? A co z moim oszczędzaniem i szczytnymi celami? Tłumaczenie samej sobie, że zasłużyłam i przecież mnie też się coś od życia należy, brzmiały, przyznacie, z lekka, naciąganie...

Skalę mojego samobiczowania podkręcił jeszcze artykuł w zaległym "Zwierciadle" (o którego to odnalezieniu pisałam wczoraj). Generalną tezą tego artykułu było, że im więcej posiadamy, im więcej mamy rzeczy, tym mniej tak naprawdę mamy:wolności, bezpieczeństwa, czasu...
Może coś w tym jest...
Co nie oznacza, że pochwalam ascezę... :-) Ale jednak kupowanie to samonapędzający się mechanizm - kupię nową parę butów, dokupię środki do ich konserwacji, może torebkę, może rękawiczki - gdzieś je wszystkie będę musiała zmieścić więc może większa szafa lub komoda? itd... itd... itd...

To wszystko oznacza ni mnie ni więcej, że będę musiała trzymać się w ryzach i poważnie ze sobą (!!! ;-)))) porozmawiać, a najlepiej przed zakupami zadać sobie pytania polecane przez Get rich slowly

- Czy mnie na to stać? - odpowiedź nie zamyka sprawę, ale jeśli tak, to...
- Czy tego potrzebuję? -  jeśli tak, to przechodzimy do następnego pytania, jeśli nie - trudno (choć wydaje mi się, że uczciwa odpowiedź na to pytanie będzie najtrudniejsza, przecież zawsze można znaleźć jakieś usprawiedliwienie).
- Czy mogę kupić to taniej? - jeśli nie - rozważ zakup, jeśli tak to..
- Czy wersja tańsza zachowuje jakość? - jeśli tak - tym bardziej to ona powinna zostać zakupiona. Jeśli nie to...
- Czy jakość w tym konkretnym zakupie jest ważna? - wszak różne robimy zakupy i wartość jakości w przypadku zakupu ścierek do kurzu i w przypadku np. samochodu, będzie znacząco różna. Tak więc - jeśli jakość w przypadku rozważanego przez Ciebie zakupu jest ważna - kup produkt droższy, jeśli nie - tańszy.

Chyba będę musiała się tego nauczyć...



piątek, 30 stycznia 2009
Jako, że niestety nie jestem szczęśliwą posiadaczką zmywarki, a co za tym idzie obce mi są rozkosze zmywarkowej oszczędności. Zmywam (choć uczciwej powiedzieć "zmywamy", bo i Małż się udziela) ręcznie ze wszystkimi tego stanu urokami. Założyliśmy perlator, co by wody mniej zużywać (świetny wynalazek), wodę odkręcałam tylko do płukania, zmieniliśmy płyn na ten tańszy z Biedronki (bardzo dobry) i już myślałam, ze na tym kończą się możliwości oszczędzania w tym obszarze. Byłam w błędzie. A wszystko (tradycyjnie już chyba zresztą), przez przypadek. Czas jakiś temu, na tyle nieszczęśliwie upuściłam butelkę z płynem do naczyń, że plastik pękł a ja zmuszona byłam poszukać opakowania zastępczego - przelałam go więc do pojemnika na mydło w płynie (takiego z aplikatorem). Dzisiaj usiadłam do podsumowania wydatków za styczeń i... się zdziwiłam. Pomimo tego, że ostatni płyn kupowaliśmy jeszcze pod koniec listopada, ciągle nie było potrzeby aby go uzupełnić. Pomyślałam, ze to nieco dziwne. Fakt, że po drodze były święta podczas których nie było nas w domu nie tłumaczy wszystkiego...
W końcu doszłam do przyczyny tego stanu rzeczy...APLIKATOR. Dotychczas myjąc naczynia wylewałam płyn prosto z butelki, teraz musiałam się nieco bardziej postarać naciskając i czekając aż popłynie, więc często poprzestawałam na małej kropli, i w efekcie zużywałam go mniej. I to i ile mniej! Niby przecież nic nadzwyczajnego, przecież producent jasno napisał "1 łyżeczka płynu na 5 litów wody" - to dlaczego ja się do tego nie stosowałam?! Łyżeczkę płynu to ja dotąd zużywałam na 2-3 psiknięcia na gąbkę! Co za marnotrawstwo! Koniec z tym!

Od dzisiaj więc - niech żyje aplikator a ja dodatkowo ruszam na łowy w poszukiwaniu korka do zlewu (gdzieś te 5 litrów musi się
przecież zmieścić) ;-))!


Pozdrawiam

Frugalistka
czwartek, 29 stycznia 2009
Wokół mnie wszyscy ostatnio kichają, prychają i kaszlą. W pracy ludzie dzielą się na tych, którzy już wrócili ze zwolnienia, tych, którzy aktualnie chorują i tych, którzy mówią, że właśnie "coś ich bierze". Bronią się jedynie niedobitki (w tym pisząca te słowa...) z niepokojem oczekujące rozwoju sytuacji... ;-)))))
Ja na wszelki wypadek (zgodnie z zasadą "jak nie pomoże, to nie zaszkodzi") od paru dni dzielnie łykam mleko z czosnkiem (którego jestem entuzjastyczną wyznawczynią!) i miodem. I to właśnie mnie natchnęło, aby przypomnieć domowe sposoby radzenia sobie z przeziębieniem i grypą. Tym bardziej, że ich składniki zazwyczaj ma się pod ręką i są niedrogie, więc w przypadku, kiedy nie jesteśmy jeszcze chorzy można się wspomóc.

- herbatka (napar) z kwiatów lipy - ok. 2-3 łyżki kwiatów lipy zalać wrzątkiem i zaparzyć - pić po lekkim schłodzeniu, można dodawać miód, cytrynę czy sok malinowy;
- gorące mleko z miodem i startym świeżym imbirem - mleko podgrzać (ale nie gotować!) z wiórkami imbiru następnie rozpuścić miód; ten zestaw świetnie robi na chrypkę czy zapalenie krtani;
- mleko z miodem i czosnkiem - mleko podgrzać, czosnek drobno posiekać i dodać do podgrzanego mleka następnie rozpuścić  miód;
- syrop z czerwonego buraka -  buraka ćwikłowego (jednego dużego lub dwa mniejsze) obrać, pokroić w drobną kostkę i zasypać 4 łyżkami cukru. Odstawić na 1 dzień. Pić 2 razy dziennie 1 łyżeczkę.
- syrop z cebuli - 2-3 (w zależności od tego, ile potrzebujemy syropu) cebule pokroić w plastry, włożyć do słoika warstwami przesypując cukrem, kiedy cebula puści sok, zlać go do oddzielnego naczynia; stosować po łyżeczce dziennie;

No i na koniec, o czym warto pamiętać, chorowanie jest zdecydowanie kosztowne (koszt lekarstw, przerwy w pracy, a tym samym mniejsze pieniądze), warto więc o swoje zdrowie dbać, bo to najlepsza inwestycja czyli nie zwlekać z pójściem do lekarza. :-)

Bądźcie zdrowi!

Frugalistka

p.s. a jeśli przepisane przez lekarza medykamenty, są dla nas za drogie warto pamiętać o tańszych zamiennikach czyli najczęściej tym samym leku innego producenta lub o możliwości zakupów on- line.
poniedziałek, 12 stycznia 2009
... z komputika! Przez awarię wieży zamęczam teraz swój komputer, i choć sprawuje się nieźle, nie jest to jakość, do której przywykłam (cóż, głośniczki jednak nie te...) ale, jak mówią, nie ma tego złego...
O ile sprawa z odtwarzaniem płyt od początku była jasna, o tyle stanęłam przed koniecznością zapewnienia sobie dostępu do ulubionych stacji radiowych. I po raz kolejny okazało się, że internet jest w dzisiejszych czasach niezastąpiony. Nie dość, że znalazłam te, których szukałam, to także wiele, wiele innych. I to jakich!

Na przykład stronkę, która sama dobiera playlistę uwzględniając gust słuchacza - czyli takie trochę prywatne radio - nazywa się Last.fm i dzisiaj bezapelacyjnie została moją stroną dnia. ;-))
Nieco podobna jest amerykańska strona www.imeem.com. Ale i wśród "tradycyjnych" jest w czym wybierać - od klasycznych rozgłośni radiowych on line po stacje dla miłośników szantów czy muzyki japońskiej... Nie ma co czarować - wciągnęło mnie to szukanie dzisiaj do imentu... A więc od dzisiaj stałam się fankę radia przez internet!
No i, jakby na to spojrzeć z frugalistycznego punktu widzenia, jest to bardzo a propos - w końcu zawsze pracuje jedno urządzenie a nie dwa, więc zasadniczo jest to postępowanie redukujące koszty.

Oto, co dzisiaj wyszperałam:


- Polskie Radio on-line - wszystkie kanały radia publicznego do posłuchania w sieci;
- Miasto muzyki rmf.fm i 53 inne tematyczne stacje radiowe;
- Nadaje.com strona z linkami do większości rozgłośni radiowych nadających przez internet, w tym do wielu lokalnych;
- tuba.fm m.in. radio złote przeboje czy roxy.fm
- muzyczny serwis portalu yahoo
- LIVE365 lista zagranicznych tematycznych stacji radiowych;

Miłego słuchania!

F.
 
1 , 2 , 3 , 4
blogi