przyjemności oszczędności -

różniaste

piątek, 20 listopada 2009

...czy jak wolą inni świńska grypa. Jest wszędzie. I to nie dlatego, że zaatakował nas zdradziecki wirus - po prostu nie sposób się od niej opędzić: media prześcigają się w doniesieniach, w pracy przy każdym chrząknięciu jeden patrzy podejrzliwie na drugiego, a przyjaciele wymieniają się "sprawdzonymi" informacjami na temat szczepionek i zapobiegania. Ta wrzawa spowodowała, że na "medianą świńską grypę" zapadł już niemal każdy.

A co grypa ma wspólnego z oszczędzaniem? Ano sporo. Jak niejednokrotnie była tu już mowa, na zdrowiu się nie oszczędza - oszczędza się zdrowie. Ale, że banał ten może ulec dużemu wypaczeniu, warto o tym wspomnieć. Często bowiem nasza "troska" o zdrowie, swoje i rodziny, przybiera formę swoistej histerii (i nie mówię tu o przypadkach hipochondrii, bo to już materiał dla specjalisty), bądź mówić oględniej - przesadnego zaangażowania. Ponieważ zdrowie nasze i naszych bliskich jest dla nas sprawą priorytetową staramy się zrobić (co oznacza często kupić...) wszystko co w naszej mocy. A, że w grę wchodzą tu również emocje, to stajemy się łatwym celem dla farmaceutycznych marketingowców, którzy starają się nas przekonać, że produkowany przez ich koncern specyfik jest nam niezbędny do życia jak tlen. Na grypowej histerii wzbogacić się chcą zresztą nie tylko firmy z branży farmaceutycznej - całkiem niedawno, na przystanku tramwajowym w pobliżu mojego domu zawisła reklama "środek X zabija wirusa grypy". I nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie była to reklama... domestosa. ;-))))))))))

Tak czy inaczej warto chyba przedstawić, to co w walce z grypą (niekoniecznie świńską) jest nam rzeczywiście do szczęścia niezbędne.

1.Wiedza czyli po prostu: bez paniki. Łatwo powiedzieć, trudnej zrobić, tym bardziej, że prasa i telewizja podkręcają tę histerię do nieprzytomności. Co warto wiedzieć? Na pewno to, że (podaję za komunikatem Głównego Inspektora Sanitarnego - komunikat z 17.11.09) na całym świecie dotąd odnotowano 7 092 zgony z powodu zakażenia wirusem grypy typu AH1N1 - przypomnę, że liczba ludności na świecie to coś około 6,7 miliarda ludzi. W Polsce potwierdzono dotąd 275 przypadków zakażenia tym wirusem (nie zgonów!) w 38 -milionowym społeczeństwie (dla porównania na polskich drogach - podaję za stroną www.policja.pl- w 2008r. zginęło 5 437 osób, a 62 097 zostało rannych).
Według WHO grypa ta ma łagodniejszy przebieg niż grypa sezonowa, a ok. 18% zakażonych przechodzi ją bezobjawowo.
"Grypowa" infolinia w Głównym Inspektoracie Sanitarnym ma numer
(22) 54 21 412 – podobno czynny całodobowo.

2.Profilaktyka
- sprawdź czy jesteś w grupie ryzyka - w grupie tej są m.in. kobiety w ciąży, osoby chore na cukrzycę, czy chorzy na różne schorzenia związane z oddychaniem ;
- unikaj (jeśli możesz) przebywania w pobliżu osoby, która wykazuje objawy grypopodobne,
- myj dokładnie ręce wodą z mydłem,
- unikaj dotykania swoich ust i nosa,
- ogranicz czas przebywania w zatłoczonych pomieszczeniach,
- często wietrz pomieszczenia,
- wysypiaj się,
- dobrze odżywiaj,
- ubieraj odpowiednio do pogody,
- ćwicz - regularny wysiłek fizyczny podnosi odporność,
- rozgrzewaj ciepłymi napojami (mowa o herbacie... ;-)))
- rozważ szczepienia - piszę "rozważ", bowiem zdania o skuteczności szczepionek na grypę (ale nie szczepionek ogólnie) są podzielone. Najlepiej skonsultuj się z lekarzem, któremu ufasz.
- nie daj się zwariować- zamiast zamartwiać się swoim stanem przygotowania do walki z wrednym wirusem- odpręż się - stres zwiększa podatność na infekcje!
- rozsądek przede wszystkim - to, że lek jest bez recepty i można go kupić nawet na stacji benzynowej wcale nie oznacza, że jest całkowicie nieszkodliwy - lekarstwa stosuj z głową! Nie kupuj ich wielu - często jest to ta sama substancja czynna pod różnymi nazwami handlowymi.
- stosuj domowe sposoby wspomagające odporność - czosnek i herbatka z malinami jeszcze chyba nikomu nie zaszkodziły...

Uff...  ;-))

Frugalistka


czwartek, 29 października 2009

Szanowni Czytacze! ;-))

Jako, że Największy Pan Prezes (czyli szef szefów w moim miejscu pracy) pragnie przekonać jeszcze większych, że nasza firma jest na tyle fantastyczna, że warto w nią inwestować, tako żuczki małe czyli między innymi pisząca te słowa, spędzają ostatnimi czasy noce i dnie nad zestawieniami różnej maści.
Co za tym idzie, niestety, ręce mam pełne roboty, a czasu (szczególnie na blogowe przyjemności) jakby za mało, więc niestety będzie mnie tutaj chwilowo trochę mniej. Ale tylko do 4 listopada.

Potem wszystko nadrobię - solennie obiecuję!

Z frugalistycznym pozdrowieniem!

F.

wtorek, 27 października 2009

Praca- dom- praca- praca-dom… i tak w kółko – to nie nastraja mnie specjalnie optymistycznie, tym bardziej, że dni coraz krótsze i pogoda już niespecjalna.  Ostatnio naszła mnie myśl, że w zasadzie cały sezon jesienno – zimowy, jest dla mnie w sumie taką hibernacją, która niestety, pomimo szczerych chęci, pochłania sporo pieniędzy. Dlaczego? Ano z powodu konieczności poprawiania humoru – owego zastrzyku serotoniny, który pozwala przetrwać jesienną pluchę. I zwykle poprawiam – czekoladką, nowym ciuchem, książką, wizytą u fryzjera czy chociażby magazynem dla kobiet. Działa na krótko, potem zostaję sama z jesienią i wyrzutami sumienia za niepotrzebnie wydane pieniądze. Tak więc od dzisiaj mocne postanowienie poprawy! Wzięłam sama siebie na spytki i wyszło, że mój humor poprawić wcale nie jest tak trudno (czytaj: drogo), bo można przecież:

- wypić dobrą kawę (herbatę) – 5 dag aromatyzowanej kawy w specjalnym sklepie kosztuje ok. 5 zł a starcza naprawdę na długo;

- podziergać – w moim przypadku robienie na drutach, (bo nauczyłam się całkiem niedawno), wychodzi mi to średnio, ale za to jaka frajda! Potrafię wyłączyć się zupełnie;

- poczytać dobrą książkę – to przecież nie zawsze oznacza kupienie nowości w księgarni. Witaj biblioteko!

- coś smacznego ugotować – no lubię gotować, odpręża mnie to, i co ja na to poradzę, znam takich, co lubią prasować (ja osobiście nienawidzę);

- posłuchać muzyki – kurczę naprawdę fajnie jest potańczyć w dużym pokoju (gdy nikt nie widzi)

- no i podobno ćwiczenia fizyczne podnoszą poziom serotoniny w mózgu;

- zrobić kąpiel w pachnącej pianie i przy świecach – do zrobienia domowym sposobem;

- zrobić masaż stóp – zatrudnię małżonka;

No to… relaksujemy się…

czwartek, 22 października 2009

Dzisiaj, przez roztargnienie i przyrodzone gapiostwo, zapomniałam zabrać z domu portfel.

Zorientowałam się dopiero w pracy i... w zasadzie nic się nie stało.

I nie byłoby to coś, o czym warto wspomnieć, gdyby nie spostrzeżenia, które mnie w związku z tym oblazły. Otóż, po krótkim ataku paniki (pomyślałam, że być może mnie okradziono - szybki telefon do męża, który jeszcze był w domu rozwiał, na szczęście, te przypuszczenia), funkcjonowanie bez źródła gotówki okazało się być wyjątkowo bezproblemowe. A i przyniosło weryfikację moich rutynowych wydatków, bo i herbata bez "cytrynek" z bufetu dała się wypić, kolejny film dodawany do magazynu okazał się nie być wcale taki ciekawy, a zakupy spożywcze dały się spokojnie przełożyć na jutro (co w wolnym tłumaczeniu oznacza, że w gruncie rzeczy kupię mniej).

Zatem od dzisiaj kolejny pomysł (co z tego, że ekstremalny! ;-)) na zaoszczędzenie pieniędzy - nie tylko nie zabieraj ze sobą plastikowego pieniądza, nie zabieraj również gotówki! Wiem, wiem, przesadziłam... Ale gdybym tak na przykład dla zabawy urządziła sobie (idąc za ciosem, a co!) "bezportfelowe" czwartki?

Ciekawe, co z tego wyniknie?...

Pozdrawiam,

Frugalistka

czwartek, 15 października 2009

Dziś coś, jak to mówią, z całkiem innej beczki. Ale nie do końca. Czasami zdarza się bowiem tak, że pomimo naszej uwagi i najlepszych chęci zgubimy (lub zostanie nam ukradziony) portfel często tracąc nie tylko gotówkę, ale i karty kredytowe, dokumenty czy karty członkowskie.


Otóż, według psychologa Richarda Wisemanza z Edynburga, są sposoby aby zwiększyć szansę, że portfel zostanie przez uczciwego znalazcę odesłany. Najprostszym, ale najbardziej skutecznym jest...zdjęcie uśmiechniętego dziecka.


Wiseman  przeprowadził eksperyment, który polegał na rozrzuceniu na ulicach Edynburga 240 portfeli, które podzielono na 4 grupy, a za przezroczystą osłonkę włożono różne zdjęcia: uśmiechniętego dziecka,  zdjęcie szczęśliwej rodziny (lub rozkosznego szczeniaka), kartkę sugerującą, iż "właściciel" ostatnio przekazał datek organizacji charytatywnej, a niektóre pozostawiono z pustą przegródką. We wszystkich portfelach umieszczono adres "właściciela". Sprawdzano, ile portfeli zostanie zwróconych. Wróciło 88% portfeli, w których umieszczono wizerunki dzieci, z kolei z portfeli bez żadnego zdjęcia odesłano jedynie 15%. Drugie miejsce, z 53% zwrotów zdobyło zdjęcie szczęśliwej rodziny, a trzecie należało do "portfeli charytatywnych", które odesłano w 20% przypadków.


Tyle eksperyment (zainteresowanych szczegółami odsyłam do tego materiału ) ale w prawdziwym życiu należy pamiętać o kilku zasadach:


- staraj się nie nosić w portfelu kart kredytowych (możesz je trzymać oddzielnie, w futerałach na dokumenty),

- NIGDY nie trzymaj pinów razem z kartami (niby "oczywista oczywistość" ale...)

- kradzież (zagubienie) zgłoś na policji, szczególnie, jeśli w portfelu znajdowały się dokumenty,

- miej przy sobie nr infolinii, przez którą możesz zablokować karty i zrób to niezwłocznie,


Pozdrawiam,


Frugalistka

poniedziałek, 12 października 2009

Jakoś tak się przyjęło (właściwie nie wiem dlaczego...), że pielęgnacja urody, dbanie o własny wygląd to rodzaj "babskiej fanaberii", rzecz, z której w czasie próby można z powodzeniem zrezygnować. Ale czy aby trzeba?...

1) Kosmetyki kolorowe (tusze, kredki do oczu, pomadki...) z powodzeniem można zastąpić tańszymi odpowiednikami. Nie czarujmy się, w większości przypadków mocno przepłacamy za kampanię reklamową i wizerunek gwiazdy na billboardzie. U mnie od czasu, kiedy przez zapomnienie nie zabrałam na wyjazd służbowy kosmetyczki i w pośpiechu kompletowałam podstawowy ekwipunek w jednej z sieciowych drogerii na dworcu, na stałe zagościło parę tego typu wynalazków. Tusz za 8 zł okazał się nie różnić niczym (przynajmniej w moim odczuciu) od tego za 50 zł, podobnie kredka do oczu (4 zł) i błyszczyk (ok.5 zł). Nietrafiony okazał się jedynie podkład. Oczywiście sytuacja wygląda inaczej, kiedy potrzebujemy kosmetyków specjalistycznych np. z powodu alergii, ale w innych przypadkach - dlaczego nie spróbować?

2) Kosmetyki domowej roboty - sieć pełna jest przepisów na domowej roboty maseczki, pilingi, toniki a nawet kremy - można je znaleźć między innymi TUTAJTUTAJ czy TUTAJ. Kwestią sporną pozostaje oczywiście dopasowanie owych domowych kosmetyków do naszych wymagań, no i wysiłek włożony w ich przygotowanie. Ale za to jeśli już coś nam podpasuje - za naprawdę niewielkie pieniadze zyskujemy i specyfik i urodę. U mnie świetnie sprawdzają się pilingi (z płatków owsianych i soli) i mus (a tak naprawdę po prostu starte na tarce) z ogórków, który fantastycznie działa na przebarwienia na łokciach czy kolanach.

3) Dobre, bo polskie - wiele polskich firm oferuje kosmetyki, które na dobrą sprawę, w niczym nie ustępują produktom wielkich koncernów, tyle tylko, że nie stoją na najbardziej eksponowanych półkach w drogeriach i aby je kupić trzeba się trochę postarać (lub chociażby schylić... ;-)). Ale efekty potrafią być świetne zarówno dla urody jak i portfela - dobry krem można kupić już za ok. 10 zł.

4) Dzień po dniu - a tutaj kącik spraw, o których dbając o urodę najczęściej zapominamy (a nie kosztują wiele czy nawet nic) czyli o tym, że najlepiej:

- dobrze się wysypiać,

- dobrze się nawadniać,

- dobrze się odżywiać (a nie jedynie łykać jakieś suplementy!)

- często się uśmiechać

- i optymistycznie patrzeć w przyszłość!

Pozdrawiam!

Frugalistka

piątek, 25 września 2009

Wczoraj wybrałam się na od dawna odwlekane babskie spotkanie (kino+kawa, ploteczki gratis...). Było bardzo miło, do momentu, kiedy rozmowa zdryfowała na temat pieniędzy i ich "związku ze związkiem".
Starły się (i to bardzo mocno) ze sobą dwie frakcje: zwolenniczek pełnej wspólnoty (konta, pieniędzy, majątku) i fanek oddzielnych kont i własnych "zaskórniaków".  I rozmowa zrobiła się bardzo nieprzyjemna, oj bardzo...

Zwolenniczkom oddzielnych kont, jak również podziału na to, za co kto płaci (np. ja za mieszkanie, ty za żywność itp., itd...) zarzucano brak wzajemnego zaufania w związku, podejrzliwość i zakładano ich szybki rozpad (związku, nie zwolenniczek rzecz jasna...). Natomiast wyznawczyniom wspólnoty oberwało się, za brak myślenia o przyszłości (a jak się rozwiedziecie, z czego będziesz żyć?), naiwność i traktowanie małżonków jak dużych dzieci (to w tym przypadku, kiedy żony trzymają kasę i wydzielają mężowi swoiste "kieszonkowe").
Kurczę, no niefajnie było...

Jedna z dziewczyn, tak dla rozładowania atmosfery, rzuciła tekstem, który miał być zabawny, ale bardzo mnie zastanowił, mianowicie, że "kiedyś kobieta ukrywała tylko swój wiek, potem wiek i wagę, a teraz ukrywa jeszcze swój pin do karty..." Miało być zabawnie, wyszło - moim zdaniem - nieco smutnie...

No więc jak to jest? Czy w małżeństwie (związku) możliwe są tylko dwie opcje: albo wszystko wspólne, albo wszystko oddzielne?  Gdzie miejsce na rozmowę i wspólne finansowe decyzje - z których jedna może być np. taka, że konta mamy oddzielne? Czy wspólne konto jest bezwzględnym przepisem na małżeńskie szczęście, a np. rozdzielność majątkowa pierwszym krokiem do rozwodu?
Czy ja tu po prostu czegoś nie rozumiem?...
 
Pozdrawiam,

Frugalistka

poniedziałek, 16 marca 2009
Pognało mnie ostatnio po świecie. Służbowo. Ciężki to był tydzień - gdzieś między spotkaniem w centrali firmy, obowiązkowym brunchem (matko, jak to brzmi! ;-))), a ustalaniem szczegółów projektu, na moje główne hobby wyrosło spanie - zmęczenie tak mnie dopadło, że mogłam zasnąć, na leżąco, siedząco, stojąco, wisząco, z orkiestrą dętą wygrywającą marsze nad uchem... Po prostu chciało mi się spaaaaaaaaać....
Na szczęście mieszkanie w hotelu miało swoje dobre strony: nakarmili mnie (i po posiłku sami pozmywali), posprzątali w pokoju, pościelili łóżeczko, a jak się ładnie uśmiechnęłam, to nawet wyprali i wyprasowali. Ach! Gdybym tak miała w domu! Z tym westchnieniem powróciłam do rzeczywistości... :-))

Podzieliłam się tą refleksją z Anią podczas porannej podróży do pracy.  A Ania na to... "Ja to od ponad roku mam p. Krysię i ona to wszystko robi."
Hmm... Pomoc domowa. Zabrzmiało lekko burżuazyjnie, mieszczańsko i, co by nie mówić, drogo. Ale Ania jak nie zacznie mi klarować, że to... z oszczędności. Przyznaję - lekko zgłupiałam. Wydawać  ciężko zarobione pieniądze na coś, co mogę zrobić sama i jeszcze nazywać to oszczędnością. Cosik tu nie gra... Ale, jak się okazało, wszystko zależy od punktu widzenia.
Otóż, wspomniana koleżanka skrupulatnie policzyła, ile kosztuje ją godzina JEJ pracy - całe zamieszanie z planowaniem, sprzątaniem, nerwy związane z tym, że twoje wysiłki poszły na marne (bo np. rodzina w butach zbezcześciła umytą podłogę), itp... Do tego dodała czas, jaki owo sprzątanie (i cała związana z nim logistyka) zabiera i wyszło jej, że per saldo lepiej i... taniej wynająć kogoś do sprzątania. Tak w jej domu pojawiła się p. Krysia, którą teraz serdecznie mi poleca.
Hmm... Jeśli pójść tym tropem, to dla kogoś, kto sprzątania szczerze nienawidzi, rzeczywiście takie rozwiązanie może okazać się tańsze - płaci się  za pracę wykonaną w określonym czasie (p. Krysia ma stawkę 1zł/m2 mieszkania, mycie okien płatne dodatkowo 50 zł, prasowanie 20 -50 zł), a oszczędza przede wszystkim czas, który można przeznaczyć zarówno na relaks (czyli długofalowe dbanie o zdrowie i unikanie tym samym wydatków na rozmaite lekarstwa), dbanie o rodzinę (w perspektywie brak wydatków na np. korepetycje dla dziecka czy "przepraszające" prezenty dla małżonka) jak i również np. na dodatkowe zajęcie zarobkowe i tym samym zwiększyć dochody rodziny.  
Może warto przeliczyć, ile nasza domowa "roboczogodzina" jest warta - może taka pani Krysia będzie tańsza?


Ja na razie nie jestem do końca przekonana. Ale się zastanowię.
I przede wszystkim, również w oszczędzaniu, postaram się nie ulegać stereotypom.

Pozdrawiam,

Frugalistka
niedziela, 08 marca 2009
Podążając za stereotypem, kobiety i finanse nie idą w parze, a nawet jeśli stworzą związek, to niezbyt ekscytujący... ;-) Bo większość kobiet finanse śmiertelnie nudzą, więc nie zaprzątają sobie swoich ślicznych główek czymś tak nużącym... ;-) Ba! Kobiety nawet boją się pieniędzy!  jak twierdzą autorki książki Sheconomics.

Jeśli już oderwą się od telewizora to tylko jedynie po to aby posprzątać, uprać i ugotować.

Gdy jednak los zetknie je z nielubianymi finansami, to najczęściej oszczędzają a nie inwestują, chociaż jak wiele wskazuje - powinny!

Gdy już zainwestują robią to bardzo ostrożnie.


czy takie właściwie są  KOBIETY?


Hmmm...


środa, 04 marca 2009
Ocet jest modny. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie po rozmowach z koleżankami i krótkim przeglądzie forów internetowych. Widać taki nastał czas, że dobrze jest pochwalić się przepisem (najlepiej babcinym!) na użycie składników, które ma się pod ręką. To i taniej i ekologiczniej. A, że zapach, no powiedzmy, taki sobie... Drobiazg... ;-))
Moda na "octowanie" kwitnie też za oceanem, a niejaki pan Paul Michale sporządził nawet listę 50 zastosowań octu.

Oto niektóre z nich, czyli ocet jako:
- płyn do mycia szyb;
- pochłaniacz nieprzyjemnych (sic!) zapachów - w duecie z sodą do pieczenia, w proporcjach: w 1 łyżeczka sody, 1 łyżeczka octu i 2 filiżanki wody;
- pogromca gum do żucia wplątanych w ubranie lub dywan - ocet sprawi, że guma skruszeje i będzie łatwiejsza do usunięcia;
- ułatwiający usuwanie resztek kleju do tapet i samych tapet
- środek czyszczący naczynia z miedzi i srebra;
- odplamiacz;
- środek na komary - łyżeczka octu winnego (najlepiej z jabłek) i szklanka wody;


O używaniu go jako domowej roboty odszraniacza można przeczytać tutaj

 
1 , 2 , 3
blogi