przyjemności oszczędności -
poniedziałek, 12 października 2009

Jakoś tak się przyjęło (właściwie nie wiem dlaczego...), że pielęgnacja urody, dbanie o własny wygląd to rodzaj "babskiej fanaberii", rzecz, z której w czasie próby można z powodzeniem zrezygnować. Ale czy aby trzeba?...

1) Kosmetyki kolorowe (tusze, kredki do oczu, pomadki...) z powodzeniem można zastąpić tańszymi odpowiednikami. Nie czarujmy się, w większości przypadków mocno przepłacamy za kampanię reklamową i wizerunek gwiazdy na billboardzie. U mnie od czasu, kiedy przez zapomnienie nie zabrałam na wyjazd służbowy kosmetyczki i w pośpiechu kompletowałam podstawowy ekwipunek w jednej z sieciowych drogerii na dworcu, na stałe zagościło parę tego typu wynalazków. Tusz za 8 zł okazał się nie różnić niczym (przynajmniej w moim odczuciu) od tego za 50 zł, podobnie kredka do oczu (4 zł) i błyszczyk (ok.5 zł). Nietrafiony okazał się jedynie podkład. Oczywiście sytuacja wygląda inaczej, kiedy potrzebujemy kosmetyków specjalistycznych np. z powodu alergii, ale w innych przypadkach - dlaczego nie spróbować?

2) Kosmetyki domowej roboty - sieć pełna jest przepisów na domowej roboty maseczki, pilingi, toniki a nawet kremy - można je znaleźć między innymi TUTAJTUTAJ czy TUTAJ. Kwestią sporną pozostaje oczywiście dopasowanie owych domowych kosmetyków do naszych wymagań, no i wysiłek włożony w ich przygotowanie. Ale za to jeśli już coś nam podpasuje - za naprawdę niewielkie pieniadze zyskujemy i specyfik i urodę. U mnie świetnie sprawdzają się pilingi (z płatków owsianych i soli) i mus (a tak naprawdę po prostu starte na tarce) z ogórków, który fantastycznie działa na przebarwienia na łokciach czy kolanach.

3) Dobre, bo polskie - wiele polskich firm oferuje kosmetyki, które na dobrą sprawę, w niczym nie ustępują produktom wielkich koncernów, tyle tylko, że nie stoją na najbardziej eksponowanych półkach w drogeriach i aby je kupić trzeba się trochę postarać (lub chociażby schylić... ;-)). Ale efekty potrafią być świetne zarówno dla urody jak i portfela - dobry krem można kupić już za ok. 10 zł.

4) Dzień po dniu - a tutaj kącik spraw, o których dbając o urodę najczęściej zapominamy (a nie kosztują wiele czy nawet nic) czyli o tym, że najlepiej:

- dobrze się wysypiać,

- dobrze się nawadniać,

- dobrze się odżywiać (a nie jedynie łykać jakieś suplementy!)

- często się uśmiechać

- i optymistycznie patrzeć w przyszłość!

Pozdrawiam!

Frugalistka

niedziela, 11 października 2009

Kontynuując "nową świecką tradycję" dzisiaj niedzielnych przeglądów ciąg dalszy.

Na początek o ekonomicznej wiedzy Polaków a raczej o jej przerażającym braku. Okazuje się bowiem, że aż 62% z nas twierdzi, że o finansach wie niewiele, a 77% nigdy nie zapisuje swoich wydatków. Generalnie wolimy wydawać niż oszczędzać Tyle o badaniach.


Z blogowych wpisów polecam materiał Frugala na  jakże aktualny temat czyli finansowe zapasy na zimę . A gdyby przeszło Wam przez myśl, żeby może dla podreperowania domowego budżetu zaciągnąć jakiś kredyt, to zdecydowanie warto przeczytać materiał w blogu Finanse Domowe i dowiedzieć się, na jaką kwotę możemy się zadłużyć.

Przyjemnej lektury!


czwartek, 08 października 2009

Telewizyjna pogodynka z uśmiechem zapowiedziała, że w połowie przyszłego tygodnia spodziewane są przygruntowe przymrozki, a mi mina zrzedła. Nie, żebym się dziwiła spadkom temperatury o tej porze roku, ale jako zwierzę wybitnie ciepłolubne oczami wyobraźni już widzę siebie szczękającą zębami na takim, na przykład przystanku autobusowym. Ale dosyć tego czarnowidztwa - najwyższy czas przygotować się do zimy, coby przejść ją łagodnie, z planem i bez niespodziewanych przestojów (czytaj kolejnego przeziębienia), bo to i niefajnie i nieekonomicznie. :-)

Zatem, co zrobić należy:

- odpowietrzyć i naprawić niesprawne grzejniki (jeśli jeszcze tego nie zrobiliście bądź nie odwiedził Was w tej sprawie przemiły Pan ze spółdzielni), żeby grzały na odpowiednim poziomie;

- owe grzejniki... wyczyścić - niby głupstwo, ale może mieć przykre następstwa - w raz, że brud izoluje (ale to bardziej w żartach...), a dwa (i to ważniejsze) suchy kurz będzie unosił się w powietrzu i je wysuszał, przez co powietrze może robi się i szybciej ciepłe ale i trudniejsze do zniesienia dla mieszkańca i aż prosi się o otwarcie okien.

- odsunąć meble i inne rzeczy od grzejników - w przeciwnym razie będziemy grzać szafę a nie pomieszczenie, mocniej podkręcimy termostat i odbije się to na naszym portfelu.

- zamontować za grzejnikami tzw. ekrany izolacyjne - co prawda w sprzedaży są spejcalne, ale sprawdza się także zwykła folia aluminiowa. Taki ekran potrafi zwiększyć efektywność grzania o ok. 10%

- sprawdzić czy okna i drzwi posiadają odpowiednią izolację - jeśli nie, to odpowiednia chwila, aby uszczelnić okna lub drzwi. W przypadku drzwi, w których stała izolacja jest niemożliwa np. gdy między progiem a drzwiami znajduje się szczelina, można kupić przenośne uszczelniacze - to taki kij obleczony gąbką i materiałem, najczęściej pod postacią zwierzątka (nie wiedzieć czemu zazwyczaj jamnika...), do nabycia w marketach. Dobra izolacja potrafi zaoszczędzić nawet do 20% energii wydatkowanej na ogrzanie pomieszczenia.

- pamiętać, że pomieszczenie najszybciej nagrzewa się przy zamkniętych drzwiach oraz... zasłoniętych zasłonach(roletach) - zimne szyby zabierają ciepło.

- uważać na wilgoć w pomieszczeniu, bo czyni ona zimno trudniejszym do zniesienia - ścierać do sucha podłogi po myciu (może i męczące ale za to jaki aerobik!), kwiaty podlewać rano (wiem, że część wielbicieli flory się na mnie oburzy, ale...), kiedy jest możliwość dogrzania pomieszczenia i usunięcia wilgoci ciepłem dnia, a w bardziej wilgotnych pomieszczeniach stosować pochłaniacze wilgoci, jeśli robicie pranie i musicie je wywiesić w pomieszczeniu, odwirujcie je na najwyższych możliwych obrotach (uwzględniając oczywiście wskazania dla tkaniny).

- zastanowić się nad przeorganizowaniem życia w mieszkaniu - może nie wszystkie pomieszczenia muszą być koniecznie ogrzewane?

I to na razie tyle...

Trzymajcie się ciepło!

Frugalistka

środa, 07 października 2009

Czyli parę słów o tym, jak sami sobie podstawiamy nogę lub jak kto woli, o tym, jak trudno jest być konsekwentnym.Zawsze jakoś tak jest, że w teorii jesteśmy świetni - wiemy, co to cele, budżet, wiemy, że trzeba oszczędzać, myśleć o przyszłości i dobrodziejstwach procenta składanego (czy innych mądrych finansowych wynalazków...) ale jak przychodzi co do czego, to jedno małe niepowodzenie rujnuje nam precyzyjnie skonstruowane plany.

Oto 5 najpopularniejszych sytuacji, w których sami sabotujemy własne działania i jak sobie z nimi radzić.

1) Brak odpowiedniej perspektywy - traktujemy nasze codzienne drobne wydatki (jak np. codzienna gazeta, kawa z automatu czy batonik) jako nieistotne z punktu widzenia finansowego celu, jaki sobie postanowiliśmy. Nie widzimy związku małych kwot z wielkimi pieniędzmi, a cele wydają nam się odległe i nierealne więc myślami odsuwamy je na bliżej nieokreśloną przyszłość. I nawet jeśli na czymś oszczędzimy, nie odkładamy tych pieniędzy i przeciekają nam one przez place. Tymczasem, każda nawet najmniejsza kwota tak jak każdy krok, przybliża nas do celu. Sposobem na to jest stara dobra świnka skarbonka - jeśli uda nam się zaoszczędzić nawet drobną kwotę (niech to będą nawet grosze) nie wydawajmy jej już tego dnia. Cieszmy się tym sukcesem i pod koniec dnia wrzućmy zyskaną kwotę do skarbonki, a raz w miesiącu (rzadziej lub częściej) wpłaćmy tę okrągłą sumkę na konto.

2) Rezygnacja po pierwszej porażce - zbyt łatwo się zniechęcamy. Narzucamy sobie niezwykle ostrą dyscyplinę finansową, której najczęściej nie jesteśmy w stanie dotrzymać, a kiedy tylko polegniemy na pierwszej przeszkodzie (np.niespodziewanym wydatku) rezygnujemy z całego planu. Radą na to jest ustalanie w planie, jaki chcemy osiągnąć celów pośrednich (kwartalnych, miesięcznych czy nawet tygodniowych) i ich... korekta, jeśli okażą się nierealne - przy jednoczesnym utrzymaniu ogólnego celu (być może bardziej rozciągniętego w czasie).

3) Wydawanie jeszcze niezarobionych pieniędzy - ile razy zdarzyło się Wam rozgrzeszać z robionych zakupów nieśmiertelnymi zdaniami "przecież zaraz dostanę premię" czy "niedługo wpłynie zwrot z podatku" i kupowanie czegoś "a conto" pieniędzy, których jeszcze nie mamy. W takich sytuacjach zresztą wydajemy dużo więcej niż wynosi rzeczona kwota. Sposób na to jest prosty, ale wymaga uczciwości w wydatkowaniu, po prostu zakupy robimy za pieniądze, które już mamy.

4) Mylenie potrzeb z zachciankami - to chyba najtrudniejsza z przeszkód, które przed sobą stawiamy, bo w wielu przypadkach granica pomiędzy rzeczywistą potrzebą a kaprysem jest bardzo cienka i do tego zakupowe zachcianki bardzo często sami przed sobą tłumaczymy "przecież i tak tego potrzebuję", co nie do końca jest prawdą. Jak sobie z tym radzić - przed zakupem, który podejrzewamy o bycie kaprysem, zadajmy sobie pytanie (i uczciwie na nie odpowiedzmy): czy muszę kupić to DZISIAJ Jeśli odpowiedź brzmi TAK - widocznie tego potrzebujemy. Jeśli NIE -odczekajmy dzień, dwa - może po przemyśleniu ten zakup nie będzie już taki atrakcyjny.

5) Zwlekanie z podjęciem decyzji - strach przed podjęciem złej decyzji finansowej (wynikający często z naszej niewiedzy) powoduje, iż zwlekamy z jej podjęciem tak długo, aż praktycznie decyzje podejmują się same - okazje mijają, oferta staje się nieaktualna a my, tracimy pieniądze. Na ten strach najlepsza jest inwestycja w finansową edukację i ustalenie stałej "procedury" w takich przypadkach np. wyznaczania sobie stałego terminu na podjęcie decyzji np. że od momentu, kiedy zaświtał nam jakiś pomysł - w ciągu tygodnia (dwóch, jednego dnia itp., itd...) podejmujemy decyzję, a czas, który sobie daliśmy pożytkujemy na zdobywanie informacji ułatwiających jej podjęcie. I co najważniejsze, trzymamy się raz podjętej decyzji.


P.S. A jutro o tym, jak przygotować się do zimy, żeby nie zamarznąć finansowo. ;-))))))

wtorek, 06 października 2009

Jestem wielką fanką "marek własnych" różnorakich marketów i sieci. Zawsze byłam zdania, że bez sensu jest płacić dodatkowo za ładne pudełko i kampanię reklamową, tym bardziej, że większość tych produktów wytwarzana jest przez uznanych producentów. A poza tym, nie zauważałam różnicy w jakości ale za to zauważałam różnicę w cenie.
Tak więc namiętnie kupuję "bezmarkowe" środki chemiczne czy produkty spożywcze, również nabiał. Tymczasem dzisiaj natknęłam się na raport konsumencki, w którym stwierdzono, że co trzeci z  przetestowanych serków wiejskich różnych marek zawierał konserwanty chemiczne, mimo, że na opakowaniu nie było o tym ani słowa. Do tablicy wywołano między innymi takie "marki" jak "Páturages" (marka własna Intermarche) czy "Pilos" (marka własna Lidl-a) i to właśnie im oberwało się za wprowadzanie do produktów substancji, o których nie informowano klientów.

Znaczy - trzeba uważać. A biorąc pod uwagę, że "Pilos" ma wśród frugalistów sporo zwolenników ostrzegać.
Co niniejszym czynię.

Pozdrawiam,

Frugalistka


poniedziałek, 05 października 2009

... czyli trochę o naszych zgubnych nawykach. Parę dni temu zelektryzowała mnie wiadomość, że na tradycyjnych ROR-ach Polaków "marnuje się" prawie 50 MILIARDÓW złotych! A że ror-y w większości przypadków są nieoprocentowane lub oprocentowane symbolicznie, więc de facto na zarabiają na tym banki. I gdyby wszyscy ulokowali te pieniądze chociażby na 2% w skali roku, to odsetki wyniosłyby okrągły miliard! Nie ma co - robi wrażenie...

Dlaczego tak się dzieje? Otóż działa klasyczny efekt skali - każdemu z właścicieli posiadanych rachunków sama kwota wydaje się prawdopodobnie zbyt mała, aby ją inwestować, jednak zebrane w całości pieniądze te dają potężnego finansowego "kopa" bankom, które spokojnie, bez żadnych strat (wszak konta nieoprocentowane) obracają tymi pieniędzmi generując dodatkowe zyski. Niby nic w tym zdrożnego - wszak banki to nie instytucje charytatywne, ale z drugiej strony - te pieniądze są przecież moje, a ja odsetki (potencjalne) od nich oddaję lekką ręką...

Zrobiłam szybki rachunek (sumienia) rachunku (bankowego)... I co? Okazało się, że ja również należę do tej grupy, która daje zarabiać bankom. Pomimo posiadania konta oszczędnościowego, ustalenia na koncie zlecenia stałego przelewu, który je zasila, to jednak zawsze na moim ror-ze trzymam więcej pieniędzy, niż co miesiąc wydaję.  Trochę z przyzwyczajenia (oprócz chwil wyjątkowej "plaży" finansowej zawsze tak robiłam), trochę "na wszelki wypadek", bo a nuż coś nieprzewidzianego się stanie... Niby to chwalebne, że nie wydaję wszystkiego, ale nie do końca - przecież te pieniądze mogłyby na siebie pracować. Co z tego, że w gruncie rzeczy symbolicznie, może zrekompensowałyby opłaty za prowadzenie konta?

Hmmm...

Frugalistka


P.S O innych sytuacjach, w których przyzwyczajenie (żeby nie nazwać go wręcz finansowym lenistwem...) może być zgubne pisałam jakiś czas temu, jeśli chcecie sobie je przypomnieć, można je znaleźć tutaj


niedziela, 04 października 2009

Niedzielne przeglądy powoli zaczynają wchodzić mi w krew, a biorąc pod uwagę fakt, że i czas dzisiaj jakby przecieka mi przez palce, pozwolę sobie wyręczyć się niewyczerpanymi zasobami internetu.

Bardzo ciekawy temat, a mianowicie kwestię swoistego "funduszu awaryjnego" czyli takiej zamrożonej rezerwy na wypadek zdarzeń losowych, poruszył na swoim blogu Frugal.

Już kiedyś była tutaj o tym mowa, więc teraz przypomnę jedynie w telegraficznym skrócie. ;-) Zainteresowanym proponuję moje wcześniejsze wpisy, w których rzecz przedstawiona jest dużo bardziej szczegółowo. A znaleźć je można TUTAJ i TUTAJ

A więc...
Osiąganie niezależności finansowej składa się z czterech podstawowych etapów, a mianowicie:
1) Cele finansowe - czyli przemyślenie i oznaczenie sobie wyznaczników, które będą nas motywowały i jednocześnie pokazywały jak daleko zaszliśmy na frugalistycznej drodze. Przy czym dla każdego celem może być co innego, ważne jednak, aby cel był możliwie precyzyjny i możliwy do osiągnięcia (a przy tym weryfikowalny). Ciekawie opisaną kwestię wyznaczania celów można przeczytać np. na blogu Finanse domowe

2) Osłona/poduszka finansowa - to właśnie ten wspomniany już tutaj fundusz awaryjny czyli pieniądze, które poratują w przypadku utraty pracy, kraksy samochodowej czy innego zdarzenia losowego. W zależności od naszych wydatków i naszego poczucia bezpieczeństwa, środki te powinny stanowić od od 3-krotności naszych miesięcznych wydatków. Przy czym owe 3 miesiące uznaje się tutaj za minimum.

3) Zabezpieczenie finansowe - to środki, których zgromadzenie pozwoliłoby nam żyć na dotychczasowym poziomie wyłącznie z procentów od zgromadzonej kwoty. Oblicza się ją (ową kwotę) bardzo prostym sposobem, mianowicie mnożąc miesięczne wydatki razy 150. np. po przyjęciu, że miesięczne wydatki w gospodarstwie domowym wynoszą 3000, kwotą, która pozwoliłaby żyć na zbliżonym poziomie jedynie z odsetek jest 450 000, 00 zł.

4) Wolność (niezależność) finansowa - to kwota, od której odsetki pozwalają nam żyć na poziomie, na jakim byśmy chcieli (a nie na jakim żyjemy). Oblicza się ją w podobny sposób: mnożąc kwotę, jaką chcielibyśmy mieć do dyspozycji co miesiąc x 150.

A jak już przez te wszystkie obliczenia przejdziemy, to na koniec dla rozluźnienia możemy obliczyć sobie kiedy zostaniemy milionerami

Miłego liczenia!

Frugalistka


piątek, 02 października 2009

Powagą i smutkiem powiało z moich ostatnich postów, nie ma co... W związku z tym dzisiaj coś na rozluźnienie czyli sprawdzone i niezawodne sposoby na stratę pieniędzy a przynajmniej wydanie więcej niż się powinno...

1,2,3 zaczynamy!


1) Zagraj w kasynie - niezawodne, działa w 100% - kasyno zawsze wygrywa...

2) Kup los lotto  (lub innej loterii...) - lżejsza i nieco tańsza wersja pierwszego. Co prawda każdy z nas zna kogoś, kto z kolei zna kogoś, kto zna kogoś kto wygrał, ale... ;-)))

3) Rób zakupy spożywcze będąc głodnym - efekt pełnego koszyka i niepotrzebnie wydanych pieniędzy murowany.

4) Serfuj bez celu po stronach i aukcjach z ciuchami czy drobiazgami do domu (ale rzecz dotyczy również internetowych księgarni, sklepów hobbystycznych i galerii) - nawet się nie spostrzeżesz, jak klikniesz "kup"...

5) Spóźniaj się z opłacaniem rachunków - karne odsetki to przecież "pikuś"...

6) Bądź mało asertywny - pożyczaj pieniądze ludziom, o których wiesz, że i tak najprawdopodobniej Ci ich nie zwrócą.

7) W ramach rozrywki idź do galerii handlowej lub supermarketu.

8) Używaj karty kredytowej i nie spłacaj jej w terminie.

9) Nigdy nie czytaj umów jakie zawierasz, szczególnie tych z bankiem - po co się zniechęcać, to dużo stron i do tego drobnym drukiem.

10) Kup roczny karnet na siłownię i użyj go tylko dwa razy. Lub (inna wersja) zaprenumeruj ciekawy magazyn a potem nie miej czasu na  czytanie.

11) Pal papierosy i generalnie nie dbaj o siebie - leczenie i gadanie o chorobach jest przecież parę razy ciekawsze niż profilaktyka...

12) Kupuj podwójne ilości jedzenia tylko dlatego, że jest w promocji, nawet jeśli nie będziesz go w stanie skonsumować do daty ważności.

13) Łam przepisy ruchu drogowego- ;-)))

14) W sklepie nigdy nie bierz paragonów i nie kwestionuj wysokości rachunku.

15) Kupuj kawę (czekoladę, cappuccino...) w automacie.


Hmm... Na tym chyba chwilowo poprzestanę, bo obawiam się, że ta lista niestety nie ma końca..


Miłego weekendu!


Frugalistka 

środa, 30 września 2009

Ależ mi wyszedł tytuł w tym jubileuszowym poście, ale cóż robić... :-))) A wzięło się to z tego, że nieopatrznie kliknęłam na tak zatytułowanego linka (nie róbcie tego - nie warto!), który przekierował mnie do strony, na której z kolei po wypełnieniu odpowiedniego kwestionariusza dotyczącego mojego wieku i stylu życia oraz po wysłaniu trzech sms-ów za 2zł +VAT każdy (o moja słodka naiwności!), komputer wypluł datę. 25 maja 2063 roku... Nie wiem czy powinnam to sobie odnotować jakoś w kalendarzu czy zapamiętać w inny sposób... Jedno jest według tej "wirtualnej wyroczni" pewne - będę wtedy miała 86 lat. Piękny wiek.

Tą konstatacją zakończyłabym pewnie moją  (nieco głupią, co by nie mówić...) przygodę z klikaniem na nieodpowiednie linki w internecie, gdyby nie to, że parę dni temu napisało do mnie moje OFE i z dumą oświadczyło, że moje jednostki (po 8 latach składania) są warte ni mniej ni więcej tylko... 24 333,86 zł. Jasna pogoda! Ja rozumiem, że kryzys, że problemy, że rynki... Ale dlaczego, na chińskiego boga, jest tak mało?! Bo zakładając (wiem, że to założenie u podstaw błędne, ale chyba dobrze obrazuje to, co chcę powiedzieć), że w ciągu 28 lat pozostałych mi do emerytury odkładać będę proporcjonalnie podobne kwoty, to zakładając, że pożyję tak długo, jak internetowa wróżka mówiła, to miesięcznie moja emerytura z samego OFE wyniesie ok. 350 zł. A uwzględniając inflację siła tego pieniądza będzie równa (w przybliżeniu)... 180 aktualnym złotym. Zmroziło mnie. I to nie na żarty.

W pierwszym odruchu pomyślałam o zwiększeniu własnych oszczędności i ewentualnie wybraniu IKE. Z tym, że one również inflacji podlegają.  Myśląc o zyskach z przyszłych oszczędności, zazwyczaj całkowicie nie bierzemy jej pod uwagę - a to naprawdę potężna siła.

I tak jak nikt nie jest w stanie przewidzieć różnorakich kataklizmów czy dziejowych zawieruch, tak jej wpływ na nasze ciułactwo można prognozowac i TRZEBA  się z nią liczyć.

Kalkulatory (choć niedoskonałe), które są w stanie trochę to uzmysłowić można znaleźć na stronach różnorakich doradztw finansowych, np. tutaj. Taka świadomość zawsze się przyda, szczególny, gdy w wyobraźni już dzielimy przyszły zysk widząc się na egzotycznej plaży z drinkiem z palemką w ręku... ;-)))

A swoją drogą, czy zwróciliście uwagę, że większość doradców roztaczając przed klientem wizję zysku, o takim banale jak właśnie inflacja, zupełnie zapomina wspomnieć?..

Cóż, za to JA z pewnością będę musiała o tym poważnie pomyśleć...

Frugalistka

wtorek, 29 września 2009

"Chciwość jest dobra..." zwykł mawiać  makler Gordon Gekko fantastycznie zagrany przez Michaela Douglasa w filmie "Wall Street". Koniec końców w filmie Gekko dostał po łapach i okazało się, że wcale taka dobra nie jest a sprawiedliwość zwyciężyła, ale...
Czy w rzeczywistości czasem tak właśnie nie jest? Choćbyśmy nie wiem jak zaprzeczali (wszak nie wypada i porządni ludzie tak nie myślą...), to ten chochlik "żądzy pieniądza" gdzieś tam w nas tkwi i podpowiada, żeby zarobić jeszcze złotówkę, jeszcze grosik...
W tym miejscu przypomniała mi się rozmowa (bodajże z początków tego roku) z jedną z koleżanek z pracy - wraz z mężem za namową doradcy finansowego (ale jednak własną decyzją, trzeba o tym pamiętać) większość oszczędności zainwestowała w jednostki uczestnictwa funduszy inwestycyjnych. Włożyli w to 11 tys., był czas, że ich udziały były warte nawet 17 tysięcy, jednak chcieli trochę poczekać i nie realizowali zysków, potem przyszło załamanie i ich pieniądze stopniały do niewiele ponad połowy tego, co zainwestowali (ok. 6 tys), a oni rozgoryczeni powtarzali, że "nigdy więcej"!

Jak się w takim razie zorientować, że to już nie rozsądek ale emocje biorą górę nad naszym zachowaniem - i kiedy zrealizować zyski? Na wspominanym już przeze mnie  portalu NBP znalazłam regułę, która wydaje mi się być rozsądna.

1) Gdy osiągniesz 30 proc. zysku weź jedną trzecią.
2) Gdy dochodzisz do 50 proc., weź kolejna jedną trzecią.
3) Gdy pojawi się formacja świadcząca o odwróceniu trendu zrealizuj pozostałą część zysku.

Może warto zapamiętać?

Frugalistka

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
blogi